Kontakt - Zdjęcia są chronione prawem autorskim. Gdybyś chciał je wykorzystać to najpierw napisz do mnie





Fair play. Free Tibet.







Najlepsze Blogi

Zdjęcia bez zadęcia


sobota, 31 maja 2008
Feria del Caballo po raz ostatni


Po raz trzeci i zarazem ostatni raport ze święta z serca Andaluzji, czyli z Jerez. W związku z brakiem weny nic więcej nie będę pisał. Następny postój to Gibraltar..








wtorek, 27 maja 2008
Feria del Caballo - część druga


Było grubo ponad 30 stopni, nasza skóra nie przyzwyczajona do takich temperatur zaczynała być coraz bardziej czerwona. Pamiętam jak do Ag, która cierpliwie czekała aż skończę robić zdjęcia podeszła Hiszpanka i zaczęła tłumaczyć, że nie zna angielskiego, ale red i wskazywała skórę mojej żony. Po czym chwilę później wcierała w nią olejek z dużym filtrem.

Generalnie ta spontaniczność atakowała nas z każdej strony. Przy posiłku śpiewy i klaskanie były tak naturalne jak mocne słońce. Dawno nie czułem się tak jakbym cofnął się jakieś 150 lat wstecz, nawet w Rumunii ta różnica nie była aż tak wyraźna. Siedząc tam czułem się jakbym oglądał western. Meksyk? Nie to tylko południe Hiszpanii.

A flamenco? To chyba widać, co tu więcej dodawać..



















piątek, 23 maja 2008
Flamenco - święto w Jerez


W Jerez de la Frontera trafiliśmy na święto. Generalnie Andaluzyjczycy lubią święta, miałem wrażenie, że każdego dnia gdzieś w Andaluzji jest święto jakiegoś miasta i ludzią oddają się zabawie.

Jerez słynie z wina o nazwie sherry - nazwa od miejscowości wymyślona przez Anglików - dzięki temu obchody świąt są szczególnie efektowne. Winnice Jerez należą do najstarszych w Europie Zachodniej, tradycja święta prawdopodobnie też nie jest najmłodsza..

A więcej w następnej notce.










wtorek, 20 maja 2008
7. akcja GTWB - Memento Mori
W jednej z książek Stasiuk napisał, że dziwi się jak można było Warszawę odbudować po wojnie na grobach tylu ludzi. Pisał też, że to miejsce należało pozostawić w spokoju i wybudować stolicę kilkadziesiąt kilometrów dalej. A tak to człowiek czuję się jakby chodził po cmentarzu. Dla mnie na zawsze chodzenie po tym mieście będzie wywoływało ambiwalentne odczucia.

Ale nie o tym chciałem pisać - Memento Mori znaczy "pamiętaj, że umrzesz" - osobiście wolę pamiętać, że żyję. Dlatego namawiam do tego żeby się cieszyć tym co mamy, kim jesteśmy i dążyć do tego o czym marzymy. Brzmi sztampowo, ale cóż często rzeczy proste są lepsze i skuteczniejsze niż piętrowe konstrukcje.

Apeluję więc - przestańmy żyć przeszłością, my Polacy to lubimy, w ogóle jest to taka specyfika państw Europy Środkowo-Wschodniej - zacznijmy żyć tym co dzisiaj i jutro - szczególnie, że perspektywy są bardzo optymistyczne.

A śmierć? To tak jak w Sapancie - na wesoło. Więcej w notce o Wesołym Cmentarzu - polecam.


niedziela, 18 maja 2008
Cadiz - codzienne życie


Przeglądam przewodnik, patrzę na nazwy ulic, brzmią dziś obco. Kiedy odwiedzam nowe miasta, rzadko zwracam uwagę na nazwy ulic, budynków. Zupełnie inaczej niż w Warszawie czy Siedlcach - tu znam nazwy prawie wszystkich miejsc.

Patrzę na zdjęcia, mapę w przewodniku - Globtroter a Lonely Planet to nie tylko granice języka - różni je plan miasta, a w nim często znajdziemy różne nazwy własne - jednak tu i tu jest Plaza San Fransisco czy Plaza San Antonio. A ja ze strzępków pamięci staram się przyporządkować te nazwy do obrazów, które tkwią mi w głowie.

Taak, siedzieliśmy na jednej z wielu ławek, powoli zachodzące słońce łaskotało promieniami po ramieniu. W tle słychać było odbicia piłki i grające dzieci. Mój wzrok leniwie przechodził z meczu na mecz. I było mi naprawdę wszystko jedno kto wygra, ważne były emocje, które kontrastowały z naszym spokojem.

Albo Plaza de la Catedral, które jest mi łatwo przyporządkować, bo sama nazwa wskazuje na plac wokół największej katedry miasta. Siedzieliśmy na jednym z jej schodków, pochłanialiśmy pestki słonecznika, mijali nas turyści i tubylcy i ten gitarzysta, który przypominał nam gdzie jesteśmy i po co. Mało kto do niego podchodzi, mało kto zauważa - bo równie dobrze ta muzyka mogłaby się wydobywać z murów - tak tutaj pasuje - jest tak naturalna i oczywista jak ptaki w lesie. Być może tak było, być może faktycznie wydobywała się z murów, a zdjęcie, które mam na monitorze było zrobione innego dnia.

Albo ten poranek, kiedy to po śniadaniu znów wybraliśmy się na spacer na starówkę. Na jednym ze skrzyżowań zatrzymaliśmy się. Obok siedziała kobieta, która sprzedawała gazety z dziecięcego wózka, choć myślę, że ta sprzedaż to była tylko podpucha, a tak naprawdę to wyszła pogadać z sąsiadami - bo nikt nic nie kupował - ludzie podchodzili i rozmawiali z nią.

Pamiętam też Plaza de las Flores, gdzie czekaliśmy aż wybije godzina 18:00 i otworzą sklep i będziemy mogli kupić lokalne wino. Siedliśmy na ławce, pomimo późnego popołudnia słońce nieźle jeszcze świeciło. Obok pewna ciężarna hipiska rozstawiła stragan z kolczykami, bransoletkami etc.. Naprzeciwko niej w kawiarence, być może w tapas barze siedział jej mąż, z być może jej ojcem - pili kawę i palili papierosy co chwila zerkając na kobietę. Później hipisowski mąż przyniósł jej tort i ciasto, a kelner herbatę z mlekiem. Ona przy straganie zaczęła jeść, mąż wrócił do stolika i wtedy krzyżuje się ich spojrzenie i on pokazuje jej język. Sklep w końcu, kwadrans po szóstej otworzono.

Pamiętam rzecz jasna jak było nam ciepło o pierwszej popołudniu i jak wszystko powoli zamierało. Ludzie wybierali kawiarenki, mieszkania czy też ławki. Dobrze gdy czasem świat potrafi zwolnić..












 
1 , 2