Kontakt - Zdjęcia są chronione prawem autorskim. Gdybyś chciał je wykorzystać to najpierw napisz do mnie





Fair play. Free Tibet.







Najlepsze Blogi

Zdjęcia bez zadęcia


czwartek, 09 września 2010
Filipińskie opowieści cz. 2 - Dzień


Wyspa z jednej strony to natura: wysokie, dające cień palmy, biały piasek i krystalicznie czysta, ciepła woda. Z drugiej zaś jej mieszkańcy. Niewiele jest miejsc, gdzie ludzie potrafią się cieszyć tym, że po prostu żyją. Gdzie spytani o marzenia odpowiadają chórem, że zdrowie rodziny. Niewiele jest takich miejsc i ludzi, a na pewno jest ich coraz mniej. Wyspa, na którą trafiliśmy jest jednym z tych nielicznych.

Spacerując plażą co chwilę jesteśmy pozdrawiani i witani. Nie jest to nic niezwykłego, niezwykła jest melodia i ton pozdrowień – zwyczajowe „hello, how are you” jest wyśpiewywane z ust napotkanych osób. Śpiew (a raczej sposób mówienia) ma coś wspólnego z karaibskim reggae. Tym samym to pozdrowienie ma w sobie tak ogromny ładunek pozytywnych emocji, że szybko nam się udziela. Już pierwszego dnia chodzimy szeroko uśmiechnięci i powoli zaczynamy stąpać jak mieszkańcy wyspy. Krok jest podobny do tonu pozdrowień. Pewnie jest w tym też coś z morza – z delikatnych, rytmicznych fal, które głaszczą piasek plaży. Ten język ciała jest kwintesencją atmosfery wyspy, tego południowego luzu, który w Polsce nie występuje.



Tym krokiem docieramy do naszej ulubionej knajpki – Kokay’s Maltido. Siadamy i zamawiamy napoje, upał trwa w najlepsze, a jego najgorętsze wydanie dobrze jest przeczekać w miłym miejscu. Siedząc tam uświadamiasz sobie, że słowo wolność zostaje poszerzone o kolejne tony. Kelnerki śpiewają i tańczą, grają w bilarda i piłkarzyki. Gdzieś między rozrywkami znajdują czas, by podejść (pląsając) do klienta. Zamówienia przyjmują z pełnym uśmiechem oraz wyśpiewując zwroty grzecznościowe.

Mamy tam z Ag swoje ulubione miejsce, zamawiamy drinka i kładziemy się na wygodnych poduszkach. Lekturę książek dzielimy między rozmowę z obsługą, a zabawę z córeczką menedżerki. Na wszystko jest czas, bo tam inaczej on płynie.


Marzenia


Każdy mieszkaniec wyspy ma swoją historię i patrząc z naszej perspektywy nie zawsze są to opowieści miłe. Coś jednak dziwnego jest w tych Filipińczykach (a może w nas?), gdyż na ich twarzach nie widać smutku, tylko niekończący się optymizm – bo Bóg jest po naszej stronie, zobacz, gdzie dane jest nam mieszkać! – Zdajesz sobie sprawę, że mieszkasz w raju? – Tak, wiem to!




Same Filipiny, patrząc nie przez pryzmat wyspy, lecz ulic metropolii mogą wywołać depresję. Lądowaliśmy w Cebu, najstarszym mieście na Filipinach. Wrażenia z drugiego pod względem wielkości ośrodka miejskiego Filipin są zupełnie inne niż te z wyspy. Rozległe slumsy, gdzie dzieci bawią się w błocie wraz z trzodą chlewną. Ogromny zgiełk, który wypełniają ubodzy ludzie, chodzący w łachmanach. Wszędzie motorowery, riksze - chaos. Większość ludzi (i tu już niestety podobieństwo z wyspą) mieszka w lepiankach lub szałasach. Wielkość takiego domku na ogół starcza by przykryć posłanie oraz obowiązkowy telewizor i często jest to jedyny dobytek Filipińczyka.



Z podobnej metropolii pochodzi pierwsza bohaterka dzisiejszej opowieści – Riza. Rizę poznaliśmy na wyspie, jest kelnerką w Kokay’s. Ma 18 lat, jako kelnerka pracuje 2,5 roku. Dość wcześniej zaczęła pracować, ledwie skończyła szkołę średnią, już musiała szukać pracy. Jest ładna, jej czekoladowa cera pięknie współgra z szerokim, nieznikającym z twarzy uśmiechem odsłaniającym bielusieńkie zęby. „Wszystko dlatego, że mam liczne rodzeństwo, rodziców nie stać na to abyśmy studiowali”. Mimo wszystko nie narzeka, uważa, że i tak los się do niej uśmiechnął, bo ma dobrą pracę, w miłym, sympatycznym towarzystwie i dodatkowo z szansą na poznanie obcokrajowca. Ma swoje marzenia, w przyszłości chciałaby ukończyć kurs stewardessy. „Mogłabym wtedy pomóc rodzinie i dodatkowo zwiedzić świat. O tak, to by było coś, może zobaczyłabym Europę?”. Póki co musi uzbroić się w cierpliwość, taki kurs zdecydowanie przewyższa jej finansowe możliwości. Kto wie, może pewnego dnia jej się uda?

 Codziennie rano, a i często wieczorem w Kokay’s spotykaliśmy kolejną osobę, o której nie sposób nie wspomnieć, jest to Mark. Pierwszy raz spotkaliśmy go, podczas pierwszego porannego obchodu w celu ewentualnej zmiany domku na inny. Mark służył nam za przewodnika i trzeba przyznać, że potrafił znaleźć najtańsze lokum na wyspie oraz zawsze służył nam dobrą radą. Nigdy nie chciał za to pieniędzy, choć nie można powiedzieć, że nie traktował tego jako inwestycji. Jego zadaniem było pozyskiwanie pasażerów na wycieczki łodziami, za co dostaje prowizję od organizatorów. Do niedawna sam posiadał sprawną łódź, wszystko zmieniło się na początku tego sezonu. W jego łodzi popsuł się silnik, w najgorszym możliwym momencie! Ledwie sezon się zaczął, a Mark nie dość, że został pozbawiony szans na zarobienie na cały rok to jeszcze musiał znaleźć sposób, aby uzbierać na remont silnika. Mark nie jest osobą, która użala się nad sobą i w ten sposób próbuje coś uzyskać. O jego problemie dowiedziałem się przedostatniego dnia, kiedy nasze relacje były już na tyle bliskie, że mogłem go spytać o to jak dobrego znajomego. „Wiesz, nie mam zamiaru narzekać. Mam zdrową rodzinę, mamy co jeść. A na silnik się uzbiera i za rok znowu będę pływał”.



Trwa popołudnie, patrzymy z Ag w wodę, jest już odpływ. Zaraz na wybrzeże wylegną dziesiątki mieszkańców wyspy, zacznie się codzienne wyławianie owoców morza. Szum fal nadal będzie mieszał się ze śpiewem ptaków i oraz śmiechem tubylców. Dzień powoli zacznie przeradzać się w wieczór, tafla wody zostanie przyozdobiona rudą barwą, a my będziemy tak stali, wtuleni patrząc na radosną stronę życia.


Zobacz również:

Filipińskie opowieści cz.1




piątek, 03 września 2010
Filipińskie opowieści cz.1 - Śniadanie


Otwórz oczy, wyjrzyj przez okno. Godzina ósma rano, chodzi wiatrak. Już jest skwar, a jest tak wcześnie. Dla mnie żyjącego w Europie, wstawanie o ósmej na wakacjach jest czymś dziwnym. Nic nie mam w planach, nic się dzisiaj nie wydarzy, powinienem spać. Jest jednak inaczej. Wszystko dlatego, że świta tu zdecydowanie wcześniej niż w Polsce, tym samym słońce wcześniej też się chowa. O 18stej jest już ciemno, prawie jak u nas zimą. Prawie, bo tu po południu temperatura dochodzi do 45 stopni. Drobna różnica.


Ag leniwie wije się na łóżku, w tle terkocze wiatrak. Leżymy zatopieni w firanie baldachimu. Która jest? Bardzo wcześniej Skarbie. Nadal jesteśmy w raju? Nadal.

Drewniany domek na plaży, tuż przy wodzie, z malutkim ogrodem. Pamiętam jak w zeszłym roku czytałem wspomnienia Witkowskiego z wakacji w Malemenie to myślałem sobie: Woow, to by było coś! Dziś tu jestem, oddycham tym powietrzem, czerpię z ludzi, z tubylców, czerpię dużymi chochlami.



Czas wstać, swój krok kieruje ku łazience. To jest ten moment pobudki, za którym nie przepadam – cóż raj ma też swoje wady – za chwilę wejdę pod prysznic i ze słuchawki popłynie lodowata, lekko słona woda. Ciężko o inną, przecież to rajska wyspa, którą na piechotę okrążysz w 3-4 godziny.  Nie ma tu aut, jest wioska tubylców i kilka małych ośrodków dla nurków oraz tych którzy szukają spokoju.


Ci szukający spokoju są różni. Poznaliśmy kilkoro z nich. Jako, że zaraz będziemy szli na śniadanie to zacznę od Rolanda, Szwajcara, którego poznaliśmy jadając śniadania w tej samej knajpce, o tej samej godzinie na plaży. Tak się złożyło, że nasze leniwe poranki mają współtowarzyszy. Roland jest już po pięćdziesiątce, przyjechał na wyspę z dwójką znajomych Filipińczyków. Codziennie rano nasz znajomy zabawia ich rozmową. Polska na ten czas to dla Rolanda głównie świeża tragedia smoleńska, nigdy w Polsce nie był, ale nam współczuje. Jest to dla niego coś niewyobrażalnego. Roland spędza na Filipinach 8 miesięcy w roku, 4 pozostałe w Szwajcarii. Mówię: nice life; on: tak, ale trzeba sobie na to zapracować. Poza pobytem w jednym i drugim kraju podróżuje, do Polski też się wybiera. Jest sympatyczny, rozmowny, zabawny – ale to nic dziwnego, jesteśmy w raju, tutaj królują tacy ludzie.



Kolejni przybysze, którzy zawędrowali na wyspę to para Hiszpanów. On dobiega pięćdziesiątki, ona ma pewnie ze 35 lat. Mają willę w Maladze, spędzają w niej około miesiąca w roku. Poza tym podróżują, zjechali już kawał świata. Na wyspie są po raz trzeci. Mają zasadę – aby poznać kraj trzeba w nim spędzić co najmniej parę miesięcy, dlatego na Filipiny, Brazylię, Tajlandię i inne miejsca poświęcili średnio 5 miesięcy. Jak łatwo wywnioskować – nie pracują, już nie muszą. Swoje się już napracowali, teraz czas na relaks. W najbliższej przyszłości wybierają się do Meksyku, w jeszcze bliższej do Malagi, na ślub brata hiszpańskiego obieżyświata. Filipiny są jednym z ich ulubionych miejsc.

Spotkaliśmy również rodzinę Norwegów, z dziećmi, dokładnie z trójką dzieci. To taka nietypowa gromadka na wyspie. Przyjechali tutaj na wakacje. Na co dzień mieszkają w Chinach, w Suzhou, średniej wielkości mieście niedaleko Szanghaju (6,3 mln mieszkańców). On tam pracuje jako inżynier, ona wychowuje dzieci. Oboje sobie chwalą Chiny jako miejsce do mieszkania dla białych ludzi. Norwegów może za dużo tam nie ma, ale za to w Szanghaju pracuje parę tysięcy Szwedów. Oboje się śmiejemy, gdzie to Ikea nie ma już swoich fabryk. Na wyspie czują ciepło bardziej niż my, wszak w Norwegii bywa chłodniej.



Tych znajomych jest więcej, o kim nie pomyślę to wyłania się kolejna historia, kolejny sposób na życie, a tych jak się okazuje jest wiele.

Ag jednak mówi, że czas na śniadanie i warto się z nią zgodzić. Jak zwykle zaraz zamówię Swiss Breakfast, który ze Szwajcarią ma niewiele wspólnego. Co dziwne, gdyż właściciel lokalu jest Niemcem i powinien znać szwajcarskie śniadania lepiej ode mnie laika.


Zobacz również:

Szanghaj i Expo