Kontakt - Zdjęcia są chronione prawem autorskim. Gdybyś chciał je wykorzystać to najpierw napisz do mnie





Fair play. Free Tibet.







Najlepsze Blogi

Zdjęcia bez zadęcia


poniedziałek, 07 lutego 2011
Filipińskie opowieści cz. 3 ostatnia - Podróże


A więc budzę się po raz drugi. Chwilę wcześniej leżałem na poduszkach w Kokay Maltido, piłem poobiednią kawę i zanurzałem się w jednej z książek Henry Millera. Gdzieś obok była Ag, też coś czytała. Wentylatory chodzą, wyznaczają leniwy rytm popołudnia. W tle leci muzyka, prawdopodobnie rodem z Jamajki, kelnerki grają w bilarda i śpiewają refren.

Popołudniu temperatura spada do trzydziestu kilku i staje się znośna. Budzę się po raz drugi i podchodzę do baru po piwo - miejscowe, filipińskie. Riza opowiada mi o gościu, który siedzi kilka miejsc dalej. Jest smutny. Pochodzi z Niemiec, przyjechał tu 9 miesięcy temu, zakochał się w tym klimacie i został. Umówił się z pracodawcą z Berlina, że będzie pracował zdalnie. Znalazł sobie pokój i tak płynął jego czas na wyspie. Dzisiaj dowiedział się, że musi wracać do kraju.



To miejsce ma coś w sobie z dziecięcych marzeń. Odpowiedzialność możesz zostawić w Polsce i dopóki stać cię to żyjesz z dnia na dzień. Dużych kosztów nie ma. Raptem kilka złotych na jedzenie, kilkanaście na pokój. Wentylatory chodzą, a ty w ich rytm. Zjadasz świeże mango i uczysz chodzić się po rozgrzanym piasku, który kojarzy ci się z mąką. Biel i lazur wody, szum wody i w tle jamajska muzyka.

Otwieram oczy i zaczynam chłonąć, po raz kolejny uczę się, że czas potrafi być stały, że szczęśliwi mają książki i mają ciepło. A kiedy jest nieznośnie to chłodzą się w lazurowej wodzie. Wycieram się ręcznikiem i wracam do Kokay.



Zeetha opowiada mi o swoim marzeniu – zobaczyć Niemcy, Austrię, Szwajcarię. Ja zaś marzę aby tam nie wracać. Zeetha ma dziś urodziny. Zostaliśmy zaproszeni. Zjadamy tort, który Filipińczycy podają ci na jednym talerzu z lasagnią. Jest też chłopak Zeethy, Niemiec. Jak się później okaże sprawa jest bardziej poważna niż się początkowo wydawało. Po kilku miesiącach rozmawiamy z Zeethą i okazuje się, że podczas naszej zimy jest w Niemczech, u niego. Na miesiąc, może dwa. Marzenia, które zdmuchiwała wraz ze świeczkami spełniają się. Wrócisz na Filipiny? Nie wiem, chyba tak.



Teraz siedzę w Polsce i też sobie myślę –kiedy będzie mi dane wrócić na Filipiny?
Zobacz również:

Filipińskie opowieści cz.1

Filipińskie opowieści cz. 2
czwartek, 09 września 2010
Filipińskie opowieści cz. 2 - Dzień


Wyspa z jednej strony to natura: wysokie, dające cień palmy, biały piasek i krystalicznie czysta, ciepła woda. Z drugiej zaś jej mieszkańcy. Niewiele jest miejsc, gdzie ludzie potrafią się cieszyć tym, że po prostu żyją. Gdzie spytani o marzenia odpowiadają chórem, że zdrowie rodziny. Niewiele jest takich miejsc i ludzi, a na pewno jest ich coraz mniej. Wyspa, na którą trafiliśmy jest jednym z tych nielicznych.

Spacerując plażą co chwilę jesteśmy pozdrawiani i witani. Nie jest to nic niezwykłego, niezwykła jest melodia i ton pozdrowień – zwyczajowe „hello, how are you” jest wyśpiewywane z ust napotkanych osób. Śpiew (a raczej sposób mówienia) ma coś wspólnego z karaibskim reggae. Tym samym to pozdrowienie ma w sobie tak ogromny ładunek pozytywnych emocji, że szybko nam się udziela. Już pierwszego dnia chodzimy szeroko uśmiechnięci i powoli zaczynamy stąpać jak mieszkańcy wyspy. Krok jest podobny do tonu pozdrowień. Pewnie jest w tym też coś z morza – z delikatnych, rytmicznych fal, które głaszczą piasek plaży. Ten język ciała jest kwintesencją atmosfery wyspy, tego południowego luzu, który w Polsce nie występuje.



Tym krokiem docieramy do naszej ulubionej knajpki – Kokay’s Maltido. Siadamy i zamawiamy napoje, upał trwa w najlepsze, a jego najgorętsze wydanie dobrze jest przeczekać w miłym miejscu. Siedząc tam uświadamiasz sobie, że słowo wolność zostaje poszerzone o kolejne tony. Kelnerki śpiewają i tańczą, grają w bilarda i piłkarzyki. Gdzieś między rozrywkami znajdują czas, by podejść (pląsając) do klienta. Zamówienia przyjmują z pełnym uśmiechem oraz wyśpiewując zwroty grzecznościowe.

Mamy tam z Ag swoje ulubione miejsce, zamawiamy drinka i kładziemy się na wygodnych poduszkach. Lekturę książek dzielimy między rozmowę z obsługą, a zabawę z córeczką menedżerki. Na wszystko jest czas, bo tam inaczej on płynie.


Marzenia


Każdy mieszkaniec wyspy ma swoją historię i patrząc z naszej perspektywy nie zawsze są to opowieści miłe. Coś jednak dziwnego jest w tych Filipińczykach (a może w nas?), gdyż na ich twarzach nie widać smutku, tylko niekończący się optymizm – bo Bóg jest po naszej stronie, zobacz, gdzie dane jest nam mieszkać! – Zdajesz sobie sprawę, że mieszkasz w raju? – Tak, wiem to!




Same Filipiny, patrząc nie przez pryzmat wyspy, lecz ulic metropolii mogą wywołać depresję. Lądowaliśmy w Cebu, najstarszym mieście na Filipinach. Wrażenia z drugiego pod względem wielkości ośrodka miejskiego Filipin są zupełnie inne niż te z wyspy. Rozległe slumsy, gdzie dzieci bawią się w błocie wraz z trzodą chlewną. Ogromny zgiełk, który wypełniają ubodzy ludzie, chodzący w łachmanach. Wszędzie motorowery, riksze - chaos. Większość ludzi (i tu już niestety podobieństwo z wyspą) mieszka w lepiankach lub szałasach. Wielkość takiego domku na ogół starcza by przykryć posłanie oraz obowiązkowy telewizor i często jest to jedyny dobytek Filipińczyka.



Z podobnej metropolii pochodzi pierwsza bohaterka dzisiejszej opowieści – Riza. Rizę poznaliśmy na wyspie, jest kelnerką w Kokay’s. Ma 18 lat, jako kelnerka pracuje 2,5 roku. Dość wcześniej zaczęła pracować, ledwie skończyła szkołę średnią, już musiała szukać pracy. Jest ładna, jej czekoladowa cera pięknie współgra z szerokim, nieznikającym z twarzy uśmiechem odsłaniającym bielusieńkie zęby. „Wszystko dlatego, że mam liczne rodzeństwo, rodziców nie stać na to abyśmy studiowali”. Mimo wszystko nie narzeka, uważa, że i tak los się do niej uśmiechnął, bo ma dobrą pracę, w miłym, sympatycznym towarzystwie i dodatkowo z szansą na poznanie obcokrajowca. Ma swoje marzenia, w przyszłości chciałaby ukończyć kurs stewardessy. „Mogłabym wtedy pomóc rodzinie i dodatkowo zwiedzić świat. O tak, to by było coś, może zobaczyłabym Europę?”. Póki co musi uzbroić się w cierpliwość, taki kurs zdecydowanie przewyższa jej finansowe możliwości. Kto wie, może pewnego dnia jej się uda?

 Codziennie rano, a i często wieczorem w Kokay’s spotykaliśmy kolejną osobę, o której nie sposób nie wspomnieć, jest to Mark. Pierwszy raz spotkaliśmy go, podczas pierwszego porannego obchodu w celu ewentualnej zmiany domku na inny. Mark służył nam za przewodnika i trzeba przyznać, że potrafił znaleźć najtańsze lokum na wyspie oraz zawsze służył nam dobrą radą. Nigdy nie chciał za to pieniędzy, choć nie można powiedzieć, że nie traktował tego jako inwestycji. Jego zadaniem było pozyskiwanie pasażerów na wycieczki łodziami, za co dostaje prowizję od organizatorów. Do niedawna sam posiadał sprawną łódź, wszystko zmieniło się na początku tego sezonu. W jego łodzi popsuł się silnik, w najgorszym możliwym momencie! Ledwie sezon się zaczął, a Mark nie dość, że został pozbawiony szans na zarobienie na cały rok to jeszcze musiał znaleźć sposób, aby uzbierać na remont silnika. Mark nie jest osobą, która użala się nad sobą i w ten sposób próbuje coś uzyskać. O jego problemie dowiedziałem się przedostatniego dnia, kiedy nasze relacje były już na tyle bliskie, że mogłem go spytać o to jak dobrego znajomego. „Wiesz, nie mam zamiaru narzekać. Mam zdrową rodzinę, mamy co jeść. A na silnik się uzbiera i za rok znowu będę pływał”.



Trwa popołudnie, patrzymy z Ag w wodę, jest już odpływ. Zaraz na wybrzeże wylegną dziesiątki mieszkańców wyspy, zacznie się codzienne wyławianie owoców morza. Szum fal nadal będzie mieszał się ze śpiewem ptaków i oraz śmiechem tubylców. Dzień powoli zacznie przeradzać się w wieczór, tafla wody zostanie przyozdobiona rudą barwą, a my będziemy tak stali, wtuleni patrząc na radosną stronę życia.


Zobacz również:

Filipińskie opowieści cz.1